Powered By Blogger

sobota, 7 listopada 2015

Listopad mgłami spowity

Od kilku dni nad moją wsią zalegają ponure, złowieszcze mgły. Przerażający krajobraz zza okna skłonił mnie do poszukiwania uciech i rozrywek, które poprawiłyby mój nastrój wspomagając tym samym moją udręczoną jesienią psychikę narażoną na wszelkiej maści depresje i zamuły. Wśród różnorodnych ewentualności sięgnąłem także do muzyki i to co odkryłem niniejszym przedstawiam.


Pierwszy utwór pomimo że jakoś mało skoczny i imprezowy to bardzo mi się spodobał. Natknąłem się na niego przypadkiem przy okazji oglądania pewnego filmu z Denzelem Washingtonem. Kawałek ma już pół wieku bo pochodzi z 1963 roku. W 1964 cover utworu nagrali The Rolling Stones. Ten refren chodził mi kilka dni po głowie. Film podobno dobry ale jakoś w połowie zasnąłem. Sorry Denzel :)




Druga moja propozycja wynika z mojego zachwytu ostatnimi czasy nad muzyką gruzińską. A mój zachwyt pojawił się przy okazji programu rozrywkowego, w którym to usłyszałem pewien utwór. Robiło niezłe wrażenie w połączeniu z tradycyjnym, gruzińskim tańcem. Dla zainteresowanych podsyłam link. Czujesz w sobie te rytmy? Odpal i poczekaj 1 minutę - Zrozumiesz w mig.



Aby zwiększyć różnorodność i pogłębić skrajności na koniec dodam utwór, który powstał jako kolaboracja pewnego kabaretu z pewnym producentem zza naszej wschodniej granicy. Piosenka i teledysk utrzymane w humorystycznym klimacie. Chociaż do końca nie wiem czy to pastisz wynikający z dystansu twórców do siebie, jak również do własnej kultury i narodowości czy może wręcz przeciwnie. Jakby nie było - kawałek fajny. 


czwartek, 14 maja 2015

Trance master

Jest taki utwór na który wpadłem przypadkiem i od którego nie potrafię się uwolnić już od dobrych dwóch miesięcy. Nie ma dnia abym go sobie nie "odpalił". Mam wyjątkową słabość, którą poczułem od pierwszego odsłuchania i nie będzie zaskoczeniem chyba, że wyszedł spod ręki Armina. Nie jest to kawałek jego autorstwa a jedynie remix utworu pochodzącego z saundtracku filmu Nowa Ziemia z 2011 roku. Filmu nie oceniam, nie widziałem. Ale remix w wykonaniu Armina mistrzowski. Szczególnie polecam.


Jeśli ktoś lubi trance to zrozumiemy się bez zbędnych słów odnośnie kwestii poziomu tej kompozycji. Wszystko jest idealnie dopracowane. Linia basu, wysokie, niskie tony, przejścia, cały drum, po samą melodię i całokształt nowej, klubowo tanecznej aranżacji. Bardzo lubię połączenie tego rodzaju muzyki z operowym wokalem. W tym wypadku wyszło świetnie. Armin świetnie to zmiksował. Wszystko trwa przeszło 7 minut ale ta przestrzeń jest tak zmyślnie wypełniona, że nie ma miejsca na nudę a nawet pozostaje pewien niedosyt. Utwór od początku mocno atakuje. Moja ulubiona szczególnie część tego kawałka zaczyna się od 1:28 wtedy to utwór po wstępnym rozwinięciu delikatnie wycisza. Aranżacja ustępuję miejsca świetnemu wokalowi, któremu zaczynają towarzyszyć smyczki i syntezatory Armina. Coś pięknego. 2:27 to już inwencja i kunszt autora. Za to lubię go najbardziej. Polecam głośno na dobrych słuchawkach. To nic że na starość będziemy głusi :-) bo warto.    

niedziela, 1 lutego 2015

Krótka piłka...?

To że muzyka ma dla mnie duże znaczenie w moim jestestwie jest kwestią absolutnie niepodważalną ale niestety od jakiegoś czasu zacząłem mocno wątpić w jej ówczesne trendy. Jako, że wciąż poszukuję czegoś nowego ostatnio byłem mocno wyposzczony jeśli chodzi o dobrą muzykę. Ile można wracać wciąż do klasyki i słuchać w kółko tego samego. Bardzo chciałem odkryć i zajarać się czymś świeżym. 

Nic mi ostatnio w tym nie pomagało. Na przełomie roku dałem szanse medium w postaci rozgłośni radiowych, które powinny karmić moje uszy interesującymi nowościami. Te, ze smutkiem przyznaje faszerowały mnie takimi gównami, które zamiast umilać mi podróż sprawiały, że korki na drodze wydawały się dłuższe a spalanie benzyny wyraźnie skakało. Po raz kolejny stwierdzam, że wyżej wymienione nie maja sensu i w tym aspekcie nic się nie zmieniło. A rzekłbym, że jest coraz gorzej. Wyraźnie postępująca w tym zakresie ewolucja spowodowała, że ludzie są ostro ogłupiani już nie tylko przez telewizję. Aby nie być gołosłownym przytoczę przykład rozgłośni, która chyba biorąc wzór z Mtv wprowadza do swojej ramówki jakieś przerażające atrakcje dla słuchaczy, którzy mogą zadzwonić sobie do radia i powydzierać się w niebogłosy dając dźwięk na dzień dobry, obwieszczając wszem i wobec, że akurat dziś jest piątek, piąteczek, piątunio. (Szok! Serio to już Piątek?! popatrz, zapierdala co) Kto bardziej głupio się wydrze ten jest bardziej spoko i dostaje nagrodę. Szaleństwo. To jest tylko jeden z przykładów. Ogólnie masakra. Każdy ma prawo wyboru. Ja to odstawiam.

Innym przykładem mojego zawodu jest to, że zakupiłem dwie płyty wydawnictwa Armada. Wydawnictwo to nigdy mnie nie zawiodło więc tu szukałem inspiracji oraz pocieszenia. Okazało się, że były to pieniądze wywalone w błoto. No cóż, trudno. A może to tylko moje chwilowe znudzenie muzyką elektroniczną sygnowaną osobą Armina Van Buurena. Wszak jestem jego fanem od dawna.

Co począć? Muzyczna nuda, dno i wodorosty...trzeba przespać lub przeczekać. 

Aż w końcu trafiłem. Całkiem przypadkiem gdzieś w necie wyhaczyłem pewien kawałek, płynnie przeszedłem do płyty którą reprezentował i już dwa dni później trzymałem ją w rękach. I to była właśnie ta krótka piłka.

Mowa o płycie składu Tabasko "Ostatnia szansa tego rapu"

Tak, wiem. To nie jest żadna nowość. Płyta wyszła w 2012. Ale ja na nią natrafiłem dopiero teraz. Przegapiłem zwyczajnie. Utworem, który wpadł mi w ucho był ten oto kawałek:


Ależ się nim zajarałem. Co za jakość aranżacji. I do tego dojrzały, poważny przekaz. Nie jakieś pitu pitu o pierdołach tylko zajebisty rap dorosłych facetów już po trzydziestce bez nafaszerowania wulgaryzmem płynącym z osiedlowego dresiarskiego blichtru z browarem w łapie. I to do mnie trafia. Sam skończyłem trzydziechę. Wychowałem się na tych raperach, można by powiedzieć, że z poprzedniej dekady, z początków rapu w Polsce, tego na który był bum pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Zatem nie jara mnie już nawijka gówniarzy o tym, że gania ich policja za jaranie blantów i jak to robią wszystko na swojej siłowni aby upozorować osiedlową gangsterkę pod blokiem i jak to oni są panami własnej ławki. To już jest nuda. Dobre dla gimbazy zajaranej chociażby dziwnym zjawiskiem - człowiekiem w masce z nocnika - KaeNem. Chociaż po tym kto wygrał Eurowizję to nic nie powinno mnie dziwić. Może zwyczajnie chłopak wylał sobie gorącą herbatę na twarz. Bo przecież nikt normalny nie wymyślił by takiego wizerunku. Do mnie przemówiło Tabasko. Po pierwsze totalnie rozpłynąłem się pod wpływem aranżacji duetu Killing Skills. Panowie to jest w moim mniemaniu majstersztyk. Pełen szacunek. Tak świetnie dopracowanego bitu dawno nie słyszałem. Głównym motywem jest to wosokotonowe zawodzenie dziewczyny na początku piosenki. Jest to sampel zapożyczony z utworu West Side amerykańskiej grupy CocoRosie. W oryginale straszna psychodela. Trudno wysłuchać do końca. Ale w kawałku Wychowani w Polsce świetnie się wpasowało i nadało dobry klimat. Konkretny, mocny bit. No nie da się nie pokiwać głową. Najlepszy, moim zdaniem fragment utworu to ten kiedy w drugiej zwrotce wchodzi na wokal OSTR. Całość rozwala system. Styl Ostrego idealnie współgra z aranżacją. Zastanawiam się tak przy okazji co sobie pomyślał Pan Fronczewski jeśli usłyszał te słowa na swój temat.

Kilka słów o tekstach. Chyba każdy kto wychował się w czasach, o których oni mówią doskonale rozumie w czym tkwi siła i unikat tekstu. Niewiele trzeba tłumaczyć. Kto nie oglądał Macgyvera? Kto nie robił bomby z zapałek? Kto nie wąchał tego charakterystycznego smrodu waląc z kapiszonów? Kto nie próbował rozbroić korków? Tych do których potrzebny był pistolet. Ewentualnie można je było przydeptać z werwą. Efekt był jeszcze lepszy. Kto żyjąc w tamtych czasach za dzieciaka nie jarał się gierkami na Amigę 500 robionych na dyskietki? Ile to joysticków poszło do śmieci po naparzaniu w Mortala 2. Z jaką łatwością strzelały te blaszki w środku. Kto się nie wściekał jak mu Fire przestawał działać. Kurde, graliśmy po siedmiu w naszych ciasnych, dziecięcych pokojach. Jaka to była zajawka. Kaczor Donald. Miałem sporo powyżej 100 sztuk. Mowa o komiksie oczywiście. Później poszły na allegro. Teraz trochę szkoda bo to niezła kolekcja była. Pierwsze numery miałem jeszcze z '94. Co do hollywoodzkich gwiazd kina akcji to sam niedawno popadłem w zadumę jak przeglądałem w sieci zdjęcia tych obecnych dziadków, którzy kiedyś ratowali świat. Z drugiej strony trudno oczekiwać, że Rambo czy Terminator będą wiecznie młodzi. To niesamowite jak szybko zmienił się Świat. Młodzi ludzie, którzy urodzili się po 2000 roku zupełnie nie maja pojęcia o czym mówię. Taka kolej rzeczy. Dla mnie ten tekst to sentyment, to powrót do przeszłości. Do mojej przeszłości z czasów podstawówki, tej co miała 8 klas. Być może to właśnie to tak mnie urzekło w tym kawałku. Poza muzyką oczywiście.

Zakupiłem płytę. Post ten chce poświęcić tylko temu kawałkowi więc odnośnie reszty utworów powiem tylko tyle, że trzymają ten poziom, jaki aktualnie mi odpowiada. Dojrzały, mądry rap okraszony świetnie dopracowanymi bitami. Mocna pozycja, jak najbardziej godna polecenia.        




    

sobota, 29 listopada 2014

Do you Łona some clever music ?

Dzisiejszy wpis chcę poświęcić polskiemu artyście hiphopowemu, który nagrywa pod pseudonimem Łona. Znawcy branży pewnie osobistość tę znają ale już osoby sporadycznie natrafiające na polski rap to pewnie niekoniecznie. A szkoda bo na prawdę jest to artysta zacny w swej dziedzinie. Moim zdaniem zdecydowanie za mało promowany. 

Łona wyróżnia się wysoką jakością tekstów swoich piosenek. Jego twórczość zaliczana jest do rapu inteligenckiego. Nie można zaprzeczyć twierdzeniu, że gość jak już coś pisze to korzysta mocno ze swoich szarych komórek. Jego utwory nie są łatwe. Raczej przy tym się nie potańczy. Aranżacje ma pokrętne, poucinane, pozornie wybijające z rytmu ale zapewniam wszystkich, że dobrze się go słucha. Szczególnie lubię puenty w jego kawałkach. Zapraszam do zapoznania się z jego wybranymi utworami, które pochodzą z płyty Koniec żartów z 2001 roku. Może i stare ale wciąż godne uwagi.




Celowo wybrałem tę wersję teledysku z YT ze względu na ukazujący się tekst piosenki. Rozmowa z Bogiem. Zabawnie ale z poważnym przesłaniem.





Historia z morałem, że może jednak kasa i ciągła gonitwa za nią nie do końca są najważniejsze. Puenta, za pierwszym razem gdy tego słuchałem rozłożyła mnie na łopatki.




Trzeci utwór podobny stylem do poprzednich. Tak jak wspomniałem kawałki Łony nie są raczej do tańczenia albo przyjemnego słuchania. Brak tu kojącej melodii. Łony się słucha głównie dla jego nietuzinkowych tekstów poukładanych w krótkie, intrygujące historie niosące błyskotliwe przesłania. Ja mocno cenię tego artystę. Polecam wszystkim, którzy dotąd nie znali, a którym spodobał się jego styl.

piątek, 28 listopada 2014

He's really got talent.

Ogólnie to nie jestem niestety miłośnikiem programów typu talent show, które obecnie zalewają ramówki różnorodnych programów telewizyjnych. Przez to jestem mocno nie zorientowany podczas rozmów na ten temat. Zupełnie nie wiem kto wystąpił w ostatni weekend w tym czy innym programie. Generalnie mało mnie też interesuje kto wygrał ostatnią edycję czegoś tam lub które z jury ostatnio komuś pojechało lub się aktorsko popłakało z powodu czyjegoś występu. Chyba jestem mocno nie czuły na prezentowane emocje w tych widowiskach i całkowicie mi ten cały show powiewa. Głosowania smsowe telewidzów to czysta fikcja. Już widzę jak naród zgodnie na prośbę przeróżnych prowadzących chwyta za komórki i śle te smsy, które już po przerwie reklamowej zostaną podliczone i będzie wiadomo kto wygrał. Często zwycięzcy przepadają bez echa. 

Wszak zdarzają się wyjątki, które, jak życie już pokazało często w zakresie moich osądów uczą mnie pokory. 

Chłopak, którego mam na myśli wziął udział w takim programie w 2010 roku mając tylko 19 lat. Odniósł sukces. Nie wygrał ale zajął drugie miejsce. Zaczął wydawać swoją muzykę. Często go słyszałem w radiu czy w telewizyjnych programach muzycznych. To nie wszystko. Szybko zaprosili go do innego talent show oraz wziął udział w pewnej rozbudowanej kampanii reklamowej jednej z firm telekomunikacyjnych. 

Kurde, prawdą jest, że ten koleś nieźle mnie drażnił. Był taki moment, że już miałem go dość. Czara goryczy przelała się gdy usłyszałem jak na swoją nutę poczynił covery dwóch piosenek: Tears in heaven Erica Claptona oraz dni. których jeszcze nie znamy Marka Grechuty. Takich piosenek się nie przerabia. A już na pewno nie na styl reggae bo brzmią kiepsko. Pierwsza z nich, jeśli ktoś zna jej historię to poruszająca ballada o osobistej tragedii artysty. Sam jestem ojcem i po męsku przyznam, że gdy pierwszy raz słuchałem jej wiedząc już o czym mówi poryczałem się jak bóbr. Kto nie ma dziecka ten nie zrozumie. Przerobiona na radosną nutę brzmi strasznie. Do drugiego kawałka reggae też nie bardzo pasuje. To jest klasyk, który brzmi dobrze tylko w swojej oryginalnej wersji.  

Na długi czas zepchnąłem tego młodego artystę w niebyt.

Ostatnio jednak Pan Kamil Bednarek, bo jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował to właśnie o nim mowa zaczął mnie znienacka przekonywać do siebie. A zaczął do świetnej piosenki Cisza. Przyznać trzeba, że to dobry kawałek. Inteligentny tekst, oryginalny klimat, wpadająca w ucho, przyjemna melodia prowadząca. Wreszcie usłyszałem jakąś dobrą muzykę w jego wykonaniu. Miałem nadzieję, że może gościu się rozwija, dojrzewa muzycznie i usłyszę kiedyś coś jeszcze godnego uwagi z jego repertuaru. W końcu to młody chłopak. Oczywiście nie pomyliłem się. Jakiś czas temu dość przypadkowo wpadł mi w ucho jego utwór z tej samej płyty co Cisza, Chodź, ucieknijmy. Bardzo dobra piosenka, od której ostatnio trudno mi się uwolnić. Polecam.




W tym samym czasie kiedy odkryłem ten kawałek spadł na mnie inny promowany ostatnio w rozgłośniach radiowych nowy utwór Bednarka Chwile jak te.

  

Teraz się dopiero przekonałem do Pana, Panie Bednarek. Tak jak Ty, tak i Twoja muzyka dojrzewa. Robisz świetną robotę. W końcu czuję, że przemawia przez Ciebie pasja do muzyki. Ja po tych piosenkach, które wymieniłem wreszcie dostrzegłem i uwierzyłem w Twój talent. Oby tak dalej.   

poniedziałek, 20 października 2014

so many faces of one

Istnieją utwory w historii muzyki tak dobre, że pomimo swojej leciwości są wciąż popularne i cenione.  Nie tylko świetnie sobie radzą w oryginalnej wersji ale są zmieniane i aranżowane na nowo przez wielu artystów z kolejnych pokoleń. Interpretacji jednego z takich przykładów chcę poświęcić dzisiejszy wpis.

Utwór został wydany w 1981 roku i wraz z piosenką You Came, jak sądzę jest wizytówką brytyjskiej wokalistki Kim Wilde. Cambodia, bo o ten właśnie mi chodzi. Myślę, ze nie ma osoby która mogłaby nie kojarzyć tego kawałka. Charakterystyczna, wpadająca w ucho melodia. Ta piosenka to klasyk muzyki lat '80. Miło się jej słucha. Ciekawie zaaranżowana. Z dobrym, poruszającym i smutnym tekstem. W teledysku jakże charakterystyczna fryzura dla tamtych czasów. :)




Fakt, utwór dobry i wciąż doceniany pomimo tak wielu lat. Jednak nie on sam skłonił mnie do przemyśleń na swój temat. Jakoś z rok temu przypadkiem natknąłem się na świetny cover tej piosenki pewnego norweskiego zespołu. Gatunek muzyczny w jakim został on na nowo wykonany przez tę grupę znacząco odbiega od oryginału. Pomimo to uważam, że wyszło bardzo dobrze. Zespół ma dość dziwną nazwę. Apoptygma Berzerk. Muszę przyznać, że ta wersja wyjątkowo trafia w mój gust. Szybkie tempo, mocne brzmienie, energiczny wokal, dobra melodyjna aranżacja. O ile oryginał jest bardziej melancholijny i refleksyjny w przypadku wersji Apoptygma mamy do czynienia ze sporą dawką muzycznej energii. Utwór nieźle pobudza. Do kompletu otrzymujemy ciekawy teledysk. Chociaż moim zdaniem wokalista mógłby dać sobie spokój z tym makijażem. Po za tym wszystko na 5. Polecam.
Dla zainteresowanych podpowiem, że zespół ma jeszcze inny dobrze zrobiony cover piosenki Shine On.





Kolejnym przykładem ciekawie zrobionego coveru tej piosenki jest wersja artysty o nazwie Pulsedriver. Jest to niemiecki dj oraz producent, którego najbardziej znanym kawałkiem jest właśnie przeróbka Cambodii wydana w 2000 roku. Utwór jakże leciwy, ale wciąż wyróżniający się dobrą jakością wykonania, dostarczający wielu pozytywnych odczuć muzycznych, i to pomimo, że gatunek, który reprezentuje bardzo mocno ewoluuje w różnych kierunkach a tempo zmian w trendach tegoż gatunku postępuje w zastraszającym tempie. To co było na topie jeszcze rok temu dziś już jest przestarzałe i nudne. A mam tu na myśli szeroko pojętą muzykę elektroniczną lub jak kto woli, żeby było bardziej na czasie - klubową. Jest to wersja warta wyróżnienia zarówno w grupie coverów, jak również jako samodzielny utwór muzyczny. Wyraźnie czuć tu powiem muzyki elektronicznej z początku ubiegłej dekady ale dla fascynatów nic to nie szkodzi w docenieniu kunsztu autora. Prosty rytm, proste zaaranżowanie melodii z oryginału. Prosty, charakterystyczny dla tamtego okresu schemat ale jak fajnie wyszło. Po prostu klasyk. Lubię i już.



   


Tak oto na tym jednym przykładzie należy przyznać, że prosta piosenka wywodząca się z nurtu dance lat osiemdziesiątych świetnie, o ile nie lepiej radzi sobie wiele lat później w nowych wersjach, w zupełnie innych gatunkach muzyki. Zastanawiam się co jest siłą tego utworu. Wiele jest piosenek, które już w oryginale są słabe a ta, no proszę, w kilku różnych odsłonach i każda jest dobra. No to tylko się cieszyć. :)



środa, 20 sierpnia 2014

like a fastfood...

Dobra muzyka? Jakoś ostatnimi czasy brakuje mi chwil na poszukiwania tej wyjątkowej. Mam wrażenie, że z każdym dniem życie nabiera coraz większego tempa. W całym tym pędzie czasem w ucho przypadkowo wpadnie coś fajnego lub to co lubię i cenię najbardziej, mianowicie gdy ktoś w biegu, tzw przelocie rzuci coś z polecenia. W ten sposób trafił do mnie kawałek, który chodzi mi po głowie. Z pozoru prosty, pozbawiony wokalu. Melodia nieskomplikowana, jakbym gdzieś już ją słyszał. Ale kurcze jakoś dobrze zrobiony. Ciekawa linia basu sprawia, że nie sposób nie pokiwać głową. Melodia główna to imitacja ludzkiego wokalu zagrana na syntezatorze. Dobrze wyszło. A teledysk? Trudno coś powiedzieć. Na pewno oryginalny.

Autorem jest amerykański dj i producent Deorro. Posłuchajcie sami. Sądzę, że warto. Inny ciekawy utwór tego wykonawcy to Yee. Utrzymany w podobnej stylistyce. Deorro to młody chłopak ale ma ciekawy styl. Nawiązuje trochę do czegoś co już kiedyś było ale skoro to dobrze brzmi to nie ma się co czepiać.





Inny utwór, który wydał mi się ostatnio interesujący to Reflektor autorstwa Arcade Fire, grupy pochodzącej z Kanady. Zespół powstał w 2003 roku. Zdobył spore uznanie i wiele nagród za swoją muzykę. Trzon zespołu tworzy małżeństwo. Ich cechą charakterystyczną jest to, że wciąż używają "żywych" instrumentów. Nie opierają się głównie na ogólnodostępnej cyfryzacji i automatyzacji muzyki. Za to duży plus. Utwór w ostatnich tygodniach mocno katowany na Eska rock. Stamtąd też go wyhaczyłem. Podobno przy produkcji palce maczał David Bowie. W jakim charakterze, tego nie wiem. Może ktoś podpowie. Utwór oryginalny z ciekawym wokalem. Podoba mi się szczególnie aranżacja. Intrygujące i tajemnicze to jakieś takie. Dobrze zrobiony teledysk. Kawałek ogólnie dość długi. Trwa przeszło 7 minut ale zaskakujące jest to, że nie męczy. Wsłuchując się w tekst stwierdzam, że nie wiem co autor miał na myśli. Przekaz pokręcony. Całokształt to zdecydowane wyróżnienie.


  


Do zbioru fajnych brzmień, jako trzeci dodam dziś jeszcze kawałek grupy Rudimental - Waiting all night. Świetna kompozycja. Bardzo dobry wokal. Utwór, który również gdzieś ktoś mi kiedyś polecił. Początkowo bez przekonania bo utwory z dominującą sekcją perkusyjną lekko mnie irytują ale po dwukrotnym przesłuchaniu w już wpadł w ucho i przypadł mi do gustu. Ogólnie dobry kawałek z dobrą melodią prowadzącą. Idealnie wklejony wokal w aranżację. Podoba mi się i z pełną odpowiedzialnością polecam. Inna kwestia to teledysk - poruszający i jakże rzeczywisty. Zastanawiam się czy to fikcja czy opowieść na faktach. Budujące jest to, że istnieją jeszcze na Świecie tym tak oddane przyjaźnie. Warto zwrócić uwagę też na inny ciekawy utwór tej grupy pt Free. Prześledziłem trochę ich twórczość i spodobali mi się na tyle, że szczerze zastanawiam sie nad płytą. Ich niewątpliwy atut to świetne wokale i staranie dopracowane aranżacje. Wysoko oceniam też ich teledyski.






P.S.
i taka to Ci składanka na dziś. Po pewnej nieobecności na nowo odpalmy dobre brzmienia.
Czy ktoś ma jakieś odczucia odnośnie takiej muzyki? Podziel się śmiało opinią. Gusta to rzecz bezdyskusyjna ale pogadać zawsze można :)

Pozdrawiam.